wojciechowy blog

Regularity fail.


Link 19.02.2009 :: 19:13 Komentuj (1)



Trochę się z moim blogiem zapuściłem. W ogóle co i rusz wpadam w jakieś podejrzane wiry czasoprzestrzenne - przychodzę do domu, jem obiad, siadam do kompa, i nagle bum! Godzina 01:01 dnia następnego. Jak tu w takich warunkach zdobywać potęgi klucz (czyt. wiedzę)? No, ale chociaż przez te wędrówki w czasie mam krócej do weekendu.



Kronika moich losów w dzisiejszym odcinku będzie nieuporządkowana chronologicznie, lecz posortowana będzie w dwie grupy: wydarzenia dobre i złe. W związku z tym, że humor mi jakoś dzisiaj średnio dopisuje zacznę od tych pierwszych.

Z rzeczy negatywnych, które wydarzyły się od mojego powrotu z Zachodu, warto nadmienić:

- moje stałe niepowodzenia w życiu szkolnym (z wyjątkiem oceny bdb z fizy za opis silnika elektrycznego).
- trochę z Arielem zjebaliśmy misję jeżeli chodzi o grę/konkurs ekonomiczny "Titan" (tzn. przegapiliśmy jedną turę rozgrywki).
- wykosztowałem się całe 40 PLN na kabel kamera-kompjuter, ale laptop jak na złość kompletnie moje urządzenie nagrywające ignoruje.
- okazało się, że mój wyjazd narciarski w marcu koliduje z Dniami Otwartymi Topolówki, gdzie miałem zagrać nie jeden koncert, lecz aż dwa, pierwszy jako gościnny perkusista w szkolnym zespole Utop Się i drugi jako gitarzysto-krzykacz w zespole Anna P i Wojciech G (wcześniej znanym pod nazwą Wojciech G i Anna P) - duża to strata, bo rzadko koncerty się gra, a frajdą wielką to jest.
- no i okazało się, że nie mam z kim robić mojej nie-wiksiarskiej osiemnachy.



Pozytywów nagromadziło się całkiem sporo, szczególnie w siódmym tygodniu roku pańskiego 2009.

- było trzyosobowe posiedzenie Rock Im Park teamu w Elicie i u Kuby na chacie a potem sympatyczna postLaPlagne impreza u Ani.
- na tejże imprezie, po pójściu spać na strych, miałem prześmieszny sen. Otóż śniło mi się, że na tej samej imprezie z rana obudził mnie Kosma, trzymający przy piersi jakieś 10 puszek mojego ulubionego Wojaka i mówi: "Te, Voyo, patrz co znalazłem!"... i wyciąga nagle puszę piwa Prince Polo. Ja na to: "O kurczę, no to fajnie!". I poszedłem w dalszą kimę.
- miałem w tym tygodniu zresztą inny dziwny sen, w którym pojechałem na koncert The White Stripes do Ułan Bator (stolica Mongolii). Koncert odbywał się na stadionie w środku dżungli (?), a ja byłem jednym z kilkunastu widzów. Atmosfera była na tyle kameralna, że nawet miałem okazję pośpiewać z samym Jackiem Whitem.
- w piątek doświadczyłem bardzo sympatycznego wypadu do Szkota z częścią ekipy pt. "Elita Klasy 2A i Okolice". Polecam serdecznie ten lokal, bardzo miła obsługa!
- po opuszczeniu tegoż lokalu doświadczyłem najdziwniejszego ciągu przyczynowo-skutkowego w swoim krótkim życiu. Ścisła czołówka najprzyjemniejszych wydarzeń tego tygodnia.
- dokonałem kilku ciekawych odkryć muzycznych. Do najważniejszych należą: Billy Childish (prawdziwy człowiek renesansu, najbardziej doceniam jego płytę Wild Billy Childish and the Musicians of the British Empire "Punk Rock at the British Legion Hall"), The Gun Club (klasyk gatunku punk-blues), The New York Dolls (protoplaści Pistolsów), The Greenhornes (to stamtąd wyszli ludzie od Raconteursów poza Whitem i Bensonem) i Tom Waits.
- a poza tym odkryłem jedyną słuszną odpowiedź na pytanie: "Jaka jest najlepsza strona w Internecie?", sponsora dzisiejszych obrazków na moim blogu, czyli: www.failblog.org. Niestety, przypłaciłem to uzależnieniem od tejże witryny i kilkoma bliskimi randkami ze śmiercią w bolesnych konwulsjach ze śmiechu. Na razie dokopałem się do 110 strony bloga z około 200... nie wiem, co z sobą zrobię, gdy dojdę do końca. Polecam.



Moi inni faworyci:

Global Warming Fail
Wii Fail (tylko dla ludzi o mocnych nerwach)
Charity Fail
Stakeout Fail
Suspicious Balloon Fail
Ice Fail
Soccer Fail
Accessibility Fail
Toy Commercial Fail

Miłego zdychania.

Piosenki tygodnia mamy zaś trzy:

Wild Billy Childish & Musicians Of The British Empire - Joe Strummers Grave, a ponadto The Gun Club - Jack On Fire oraz Bad Indian.

Elegancja-francja


Link 10.02.2009 :: 02:22 Komentuj (3)
No więc oczywiście było zajebiście (ależ wyszukany rym, łohoho). Klawa ekipa i narty - to wszak gwarant sukcesu. Ale wyjazd popsuła nam niestety totalna epidemia. Co to była za choroba - nie wiadomo. Ale jak to ktoś o mnie powiedział: "Nie no, jak Wojo nie chleje i nie jeździ na nartach to sprawa jest już poważna". Tak jest, choroba odjęła mi trochę satysfakcji z pierwszych dwóch dni narciarstwa, totalnie uziemiła na trzeci i odstręczyła od imprezowania na całe cztery. Na szczęście francuskie lekarstwa okazały się lepsze od tych przywiezionych spolski. I jakkolwiek ostatnie 3 dni które mi zostały jazdy na dechach wyjeździłem z Piponem sumiennie od 9 do 17 (z bombowym zakończeniem, dzięki któremu zostanę za około tydzień królem jutuba), to się nie najeździłem ni cholery. Jak to dobrze, że to nie jedyne moje narty w tym roku.


Prospekt na naszą dzielnię - Belle Plagne. My, chłopaki (nie licząc Ozziego), mieszkaliśmy w piątym budynku od prawej w rzędzie na dole.


Ale nawet mimo epidemii różnych, to towarzysko się działo, ojej... Jako dokumentalista-amator nakręciłem z pomocą moich kompanów około 3,5 godziny filmu. Niepublikowany wcześniej odcinek Drużyny A produkcji undergroundowej spółki filmowej z Gdańska o nazwie Gem Ball Pictures o tytule roboczym "Francuska Robota" ujrzy światło dzienne za maksymalnie miesiąc... mam nadzieję. Na razie brakuje mi sprzętu do zrzucenia filmu na dysk w celu obrobienia materiału. Powstaną dwie wersje: soft i hard, przeznaczone dla różnych kategorii wiekowych, odpowiednio: 36-136 i 0-35. Zamówienia na kopie składać u mnie, przy odbiorze wymagane będzie okazanie dowodu tożsamości.


Spontaniczny akt miłości Pipona wobec Piotra aka przykład tego, jak fotografia czasem manipuluje rzeczywistością.

kultowe teksty

Sortie-partie?! - Pipon

Ja: Piotr, co tam masz?
Piotr: Faję.

Pipon: Improwizaaaacjaaaaa bluesowaaaaaaa, życiaaaa nam szkoooodaaa...
Oozzee: Pipon, śpiewasz to już piąty raz... może jakiś bardziej oryginalny rym by się przydał?
Pipon: Improwizaaaacjaaaaa bluesowaaaaaaa, chuuuuja nam szkoooodaaa....

Milena: Agata (nie chodzi o Agutka - przyp. autor) nie zmieniała skarpet przez tydzień i potem strasznie śmierdziało...
Oozzee (zaspanym głosem): A dlaczego?

Resztę ujrzycie na filmie.


Jak to powiedział Kosma: "Jakbyśmy tak nie chorowali, toby to wszystko poszło w 2 dni". Pewnie ma rację. Razem z nowiutkim Jungle Speedem. Chyba oprócz paskudnego wina marki Carrefour w worku 5l o smaku kwasu solnego ale chociaż bez aromatu siarki.


Klasyfikacja szołmenów wyjazdu przedstawia się następująco:

Brąz: Kosma (za całokształt twórczości i przywiezienie sziszy)
Srebro: Piotr (za Oscarową rolę w filmie)
Złoto: bezsprzecznie Pipon (za IMPROWIZACJĘ BLUESOWĄ, Pipodzillę, wykłady przez sen i wiele innych)

Poza podium znaleźli się:
Maks: za desperackie próby zwrócenia na siebie uwagi poprzez zamknięcie się w toalecie.
Doma: mistrzyni niekontrolowanych zmian tematu w rozmowach.


Szampański krajobraz.

Inne ciekawe wydarzenia/spostrzeżenia:

- podczas tego wyjazdu byłem bliski zabicia człowieka. Mój morał z tego zajścia: nigdy nie spodziewaj się, że na skrzyżowaniu to tylko TY jesteś na tyle głupi, żeby nie hamować.
- ostatniego dnia we Francji zdarzył się cud oczyszczenia. Bo chyba tylko tak można określić nasze przywrócenie apartamentu do stanu czystszego niż go zastaliśmy w ciągu równej godziny.
- "Lśnienie" dobrym filmem jest. Szczególnie, jeżeli się go nie ogląda z Piponem.
- "Drużyna A" dobrym serialem jest. Szczególnie, jeżeli się go ogląda z Piponem.


Widok po poniedziałkowym przebudzeniu... zazdrość gryzła.


Piponowi dać do ręki kega...


Próba sfotografowania tego, co w nartach dla mnie najfajniejsze - czyli tego pędu towarzyszącego swobodnemu spadkowi w dół... wyszło kijowo, bo i tak to sama końcówka stoku.


Wbrew pozorom to była jedna z fajniejszych tras tam.


Restauracja "Marysieńka". I nie ma mocnych.


Pipon miał w tym stroju ucałować swoją mamę za kratę ale wymiękł.


Esencja łącznych 52-óch godzin spędzonych w autokarze w ciągu całej wyprawy.


Bohaterowie opowieści. Od lewej: Maks, Gosia, Kalinka, Kosma, Ania, Piotr, Doma, Oozzee, ja, Pipon, Pit, Milena, Julia i Agutek.

A za 12 godzin zderzam się z rzeczywistością bolesną na pierwszych korkach z matmy.

I found a reason to keep living...


Link 30.01.2009 :: 03:02 Komentuj (0)
...and you know the reason is you :)

A z innych dobrych powodów by nie palnąć sobie przypadkiem w łeb można wymienić mój dzisiejszy odjaaaaaazd za około 6 godzin w stronę galijskiej część Alp. Mam nowe, nieujeżdżone przezeń dechy Salomona i kto wie, co to z nimi będzie... Poza tym jestem już niemal spakowany, 4 kasetki do kamery kupione mam, aparat też odzyskany, więc obszerna dokumentacja audiowizualna będzie. Na walkę z nudą w 26-godzinną jazdę w jedną stronę zaś uzbroiłem swój odtwarzacz mp3 w nowy soft o nazwie Rockbox, który znacznie skrócił czas wgrywania muzyki na plejera, a poza tym oferuje mnóstwo pluginów, opcję odtwarzania filmów, last.fmowy scrobbler, emulator gier na GameBoya i DOOMA 2, maderfakiers! Duży postęp od czasów, gdy mogłem na nim tylko odtwarzać muzykę i słuchać radia, ryzykując zwiechy co pół godziny, a muzykę wgrywać mogłem tylko przez Windows Media Playera co zajmowało koszmarnie długo czasu.

Sorry, ale musiałem się pochwalić, bo rzecz naprawdę świetna jest. Zainteresowanych odsyłam na stronę: http://www.rockbox.org/.

No i powód ostatni:



Tak jest. Nie ma już odwrotu. Przyszło dziś listem poleconym. W tym momencie prawdopodobnie najbardziej epicka przygoda roku ciałem się stała. Jak jest, każdy widzi. Przynajmniej do końca ferii, potem mam plan stać się zupełnie nowym, świetnie zorganizowanym, sumiennym w nauce człowiekiem. No ale zobaczymy...

A piosenką tygodnia w Radiu Maryja jest: The Velvet Underground - After Hours.

Leave the wine-glass out and drink a toast to never!

...what comes is better than what came before.

Kandydat na rozmowę tygodnia...


Link 26.01.2009 :: 22:51 Komentuj (2)
Cztery! Dni! Cztery! Dni!

Ja 22:39:36
Heyah, towarzysze z La Plagne! Moi rodzice nie zgodzili sie, bym wziął laptopa i gitarę, więc proszę was, byście któryś z tych przedmiotów wzięli Wy. Laptop musi być w miarę nowy, tak, żeby miał bezprzewodowy internet i żeby się na nim dawało puszczać filmy i muzykę (przy okazji proszę was, byście wzięli fajne filmy). Głośniki mogę wziąć. Przydatności gitary nikt nie kwestionuje ;p Bierzcie też jabłuszka! Ja za to biorę kamerę z zapasem filmu na 3h.
Pit 22:41:54
spoko
Pit 22:41:57
wezmę wiosło
Ja 22:42:01
o zajebiście
Pit 22:42:07
tylko powiedz mi jedną rzecz
Pit 22:42:11
o której i skąd wyjazd? ;]
Ja 22:42:18
nie do mnie takie pytania ;d
Pit 22:42:53
heh.. no to jeszcze Milenę o to pomęczę.. w każdym razie do piątku ;]
Ja 22:43:04
no, do zoba ;)
Pit 22:44:44
a tak przy okazji jeszcze
Pit 22:44:48
brać monopol? :P
Ja 22:45:07
myślę, że jeżeli najdzie nas ochota to zaopatrzymy się na stacji jakiejś benzynowej
Pit 22:45:33
PLANSZOWY monopol.. tego na stacjach nie mają :D
Ja 22:45:58
hahahahahahahah ;d;d;d;
Ja 22:46:01
jasne że bierz ;d


A skoro już w temacie jesteśmy to EKIPO Z LA PLAGNE! Laptop i wiosło się już znalazły, więc bierzcie jabłuszka albo dupoślizgi!

Let's go get stoned.


Link 25.01.2009 :: 19:56 Komentuj (6)
Cóż to był za tydzień, proszę państwa... co i rusz jakieś pierwsze razy.

W poniedziałek pierwszy raz zwiałem ze szkoły w tym roku na cały dzień po napisaniu testu z matmy. Co ciekawe, mam ten dzień usprawiedliwiony, albowiem gdy dawałem p. Orłowskiej zwolnienia z 5 losowo rozrzuconych dni to ona tak popatrzyła i powiedziała: "A dobra, to ci usprawiedliwię wszystko".

We wtorek pierwszy raz w życiu siedziałem w kinie nie jako widz. Muzealne undergroundowe kino "Aurora", którego właścicielami są Ariel i Grzaniu, rusza już wkrótce. Póki co oglądaliśmy z klasą pre-IB "Big Lebowskiego", który automatycznie wskoczył do mojego top 10 ulubionych filmów. Genialne!

W środę pierwszy raz od dawna mnie tak brzuch nie bolał jak zobaczyłem prezentację na angola autorstwa Filipa P., na którego od tamtego czasu oficjalnie mówimy "Sutan". "Sutan" od pliku o nazwie "prezentacja sutana angol.odt", czyli (jakbyście nie zgadli) prezentacji ustnej z angola.

W czwartek to akurat nudno było.

W piątek pierwszy raz spędziłem imprezową noc u tej samej osoby, u której balowałem tydzień wcześniej.

A w sobotę to się działo, o jena... Niniejszym wklejam moją rozmowę z Kosmą. Zaczęło się od tego, że miałem status na gg "co to była za sobotnia noc, ja pierdolę! :D"

Kosma 17:15:49
voyo co się działo ?? :)
Ja 17:17:47
kurwa stary... chyba najgrubszy wypad do pubu w dziejach
Ja 17:18:07
najpierw poszliśmy do kumpla* na rozgrzewkę bo mieliśmy zarezerwowany stolik
Ja 17:18:31
potem w drodze doszliśmy do wniosku, że jeszcze coś by się przydało wypić bo potem będzie drogo
Ja 17:19:20
no i kumpel* postanowił poudawać, że jest najebany i zaczął się zataczać, ale się tak zatoczył, że pierdolnął na glębę i sobie łapy poharatał
Kosma 17:19:43
xD
Ja 17:19:43
i jak doszliśmy na miejsce to mówiliśmy wszystkim, że to stygmaty są ;d bo tak wyglądało centralnie ;d
Ja 17:20:00
potem tankowaliśmy wódżitsu przed pubem
Ja 17:20:30
pilem również z nimi bo się zrzuciłem, tzn pożyczyłem kasę kumplowi** który potem i tak nie pił więc jakby przeszło na mnie spryciarsko... (choć nie skorzystałem za bardzo)
Ja 17:21:25
i jak się zrobiło już sztywno to zaczęliśmy wracać i tu był "clue" programu bo jak najgorsze menele zrzuciliśmy nasze drobniaki i kupiliśmy Sofię na powrót
Ja 17:21:49
jednemu kolesiowi* włączyło się gastro więc poszedł do maka, my tam czekamy i na przypale chlejemy to wino
Ja 17:22:47
i nagle przechodzi jakiś menel i cośtam się pyta czy mamy drobne a on*** zaczął się z nim bratać, udawać jeszcze bardziej najebanego niż jest, przytulać, i z nim i drugim menelem dokończyli to wino ;d
Ja 17:23:17
potem było ostro, bo ten sam kolega szukał miejsca do spania i mnie cisnęli, żebyśmy pojechali do mnie na chatę
Ja 17:23:36
no ale powiedziałem, że starzy są, ale jak chcą to niech pogadają ze starą
Ja 17:23:56
i oni to kurwa wzięli na serio i jeden miał numer mojej matki (bo nasi starzy się kumplują)
Ja 17:24:09
potem do mnie zadzwoniła jak już byłem najebany
Ja 17:24:25
i potem jak doszliśmy do domu to pierwszy raz w życiu urwał mi się film ale podobno śmieszny byłem ;d
Ja 17:24:48
jak wróciłem dziś o 14 to na szczęście stary już zdążył zczilować starą
Kosma 17:25:06
a u kogo ty spałeś ?
Ja 17:25:13
a u kumpla
Kosma 17:25:37
no to tłusto odjebaliście :)
Ja 17:25:43
ale moralniak został... kurwa ;d to była mega impreza ale nie do powtórzenia bo konsekwencje chujowe
Kosma 17:25:57
tzn. ?
Ja 17:27:02
no w sensie głupio mi było no ;p bo mama się bała o mnie i z rana była zajebiście wkurwiona
Ja 17:27:20
do tego się skompromitowałem letko w oczach starych tamtego gościa u którego mieszkałem
Kosma 17:27:31
xD

* Kuba
** Hugo
*** Kowal

No właśnie. Pubem był Daily Blues. Z innych ciekawych rzeczy warto wspomnieć o ciągłym molestowaniu barmana żeby puścił "Save Tonight" (nie dał się, fakany) i to, że mi zakosił wódkę. Ponadto unikatowy był widok milczącego Huga. Milczący Hugo - toż to oksymoron! I siedział biedak sam z boku, widać, że życie jemu też dało tamtego dnia w kość. Z ciekawostek dodajmy, że Kowalowi udało się potem w barze mlecznym zjeść pomidorówę za darmo.

A dziś z rana chyba pierwszy raz od dawna było mi tak wstyd za swoje zachowanie... jedyne co mogę powiedzieć, to: NIGDY WIĘCEJ. Dwóch imprez w ciągu dwóch dni, mieszania wszystkich alkoholi świata itp. Ale w gruncie rzeczy była to niezapomniana noc, którą z pewnością będziemy wspominać latami. Choć nie do powtórzenia. I tak cudem jest, że nas nikt nie napadł czy coś. Już się boję jak z tymi krejzolami będę jechał na Rock im Park, o żesz... :P No i mija mnie dzisiejsza osiemnacha Czarnej, fak...

Piosenki tygodnia są trzy: The Black Keys - The Breaks, Ray Charles - Let's Go Get Stoned (nuta na wczoraj) i The Gories - Thunderbird ESQ (rześkie garażowe granie).

Nadchodzący tydzień ma duże szanse być jednym z (za przeproszeniem) najzajebistszych tygodni w tym roku. Na przykład dlatego, że już w piątek wybywam do Francji w celu otrzymywania dużych dawek największej znanej mi póki co ludzkiej przyjemności, jakim jest zapieprzanie jak głupek w dół narciarskiego stoku, będąc wolnym od wszelkich przyziemnych trosk, obowiązków i zmartwień (których na szczęście w sumie i tak ostatnio za wiele nie mam), pompując litry adrenaliny do mojego krwiobiegu. A wieczorami rozrywka w klasycznym barakowym gronie (plus kilka bonusów z Topolówki). Jak nie spieprzę w najbliższym czasie paru spraw to już wkrótce może się okazać, że życie moje dawno nie było tak (za przeproszeniem) zajebiste. Ale bo jaki inny może być ten mój wielkimi krokami zbliżający się 18 rok życia?

Jeszcze jakbym aparat z serwisu odzyskał to w ogóle byłoby super.

lajf is gut


Link 18.01.2009 :: 02:07 Komentuj (1)
Aparatu ciągle brak, zdjęć również też.

Życie dobre jest ostatnio. Czas płynie bez stresu i niepotrzebnych obciążeń. Może takie złudzenie brało się w tym tygodniu stąd, że od poniedziałku do środy mieliśmy lekcje do 10:30, a i tak we wtorek i piątek mnie nie było (wtorek - zaspałem, piątek - pocisnąłem do Słupska). Wygląda na to, że szkoła istotnie wpływa na moje samopoczucie. Ale jak to jeden sympatyczny Murzyn mówił w Internecie, "zapierdalać czeba". Poza tym, od moich wyników zależy to, co będę robił w wakacje. A do Amsterdamu uderzyć muszę! Spotkać starą masońską brać... i nie tylko.

Weekend był póki co fajny. W piątek, jak już wspomniałem, byłem w Słupsku oglądać sprzęt muzyczny wystawiany na aukcję przez Agencję Mienia Wojskowego. Potem zajechałem z tatą do dziadków, a po krótkim ogarnięciu się obskoczyłem imprezy aż dwie - pierwsza, dziewiętnaste urodziny niejakiego Dysarza, a druga u Fiony na Gypsy Hill (fajniej moim zdaniem to brzmi niż standardowa Cygańska Góra). Ciekawiej rzecz jasna było na tej drugiej. Między innymi dlatego, że na pierwszej byłem krótko i głównie graliśmy w pokera. U Fiony spędziłem długie godziny na poważnych dysputach filozoficznych typu: "Dlaczego rdzenni Afrykanie nie rozwinęli się kulturowo tak bardzo jak Europejczycy" tudzież "Czy świat byłby lepszy, gdyby wszyscy byli kosmopolitami?". Poza tym dostałem dwie przydatne nauczki na przyszłość: 1) nie brać nigdy snuffa na imprezy oraz 2) na imprezie, godzina snu wystarczy by zregenerować się w zupełności. Obydwie wskazówki nawiązują do mojego przedawkowania austriackiej kokainy marki Alpina. Podobno byłem nie do odróżnienia od kremowej kanapy, na której spoczywałem z debilnym uśmiechem, tocząc pot z czoła, głupio się tłumacząc, że "się cziluję". Pierdolić snuffa, rzucam to gówno. Ale ogólnie było niezwykle gucio, a Fionowa jajecznica o 9 rano po dwóch godzinach snu... ahhhhhhhhh. Ale ciiiiiii, to miała być tajemnica.

W każdym razie po przebudzeniu nie byłem w stanie do końca otworzyć oczu i po powrocie spałem do 15. Budzę się, patrzę - a tu sms od Kosmy, że impreza niby jest! Pierwszą reakcją rodziców było stanowcze "nie", bo nie lubią moich spontanicznych wypadów. Tym bardziej podłamała mnie oferta wypadu do Daily z klawą brygadą, która zupełnie nie wchodziła w rachubę. Wtedy jednak uratował mnie Ariel z Grzegorzem. Tego pierwszego zmusiłem do oddania mi podręcznika od matmy na sprawdzian w poniedziałek, więc miał przyjechać. Przyjechał z Grześkiem i postanowili mnie wyciągnąć na kebab. Rodzice jakoś przyjęli to do wiadomości, więc pognałem w miasto. Po skończonym posiłku nagle dostaję kolejny sms od Kosmy z pytaniem, czy mam jego talerzyk od sziszy. Przypomniałem sobie, że owszem, byłem w jego posiadaniu, do tego jeszcze miałem Radziową kominiarę. To były już dwa dobre powody, żeby zaliczyć trzecią imprezę w tym łykendzie, i dwa wystarczająco dobre powody dla moich rodzicieli.

Klawo było, co tu dużo mówić. Dziś dla odmiany zamiast "Love Actually" i "Lion Kinga" leciał jakiś film z tego samego gatunku z Umą Thurman i "Mulan", którego nie zdążyłem już obejrzeć. Poza tym królem imprezy był Pipon ze swoimi paroma błyskotliwymi tekstami typu "Działa Nawalone". Po powrocie (który nastąpił godzinę temu) miałem się wziąć za matmę lub fizę, ale doszedłem do wniosku, że równie rozwijające dla mnie będzie napisać coś na tym moim lamerskim blogu.

No właśnie. Ten tydzień ma szansę być już ostry. Z wyjątkiem wtorku, bowiem idziemy do kina Grześka i Ariela pt. "Aurora". I poprzedzającego go poniedziałku, bo Kosma cały tydzień sam mieszka i to się z pewnymi konsekwencjami wiąże. A narty coraz bliżej...

Na koniec dwie świetnie piosenki. Obydwie nagrane przez zespół The Velvet Underground. Jedna - "Sunday Morning". Druga - "I Found A Reason" (linka brak). Czilałt bejbe...

Niedziela, wieczór, zimno i lód na chodniku


Link 11.01.2009 :: 22:05 Komentuj (1)
Zaczął się trzeci tydzień nowego roku 2009, a skończył pierwszy poważny. Zresztą, poważny jak poważny - popłynął sobie leniwie jak nigdy, bez większych stresów, bez zaskoczeń. W poniedziałek nie poszedłem do szkoły, bo do 3:30 w niedzielę pisałem tę bajkę co o niej wspomniałem zeszłym razem i z rana po prostu nie obudziłem się do szkoły. Pozostałe 3 dni jakoś przeleciały, a w piątek byłem w szkole ale nie na lekcjach albowiem pomagałem organizować konkurs wiedzy o Wielkiej Brytanii. Tyle z dni roboczych. Weekend zainicjowałem urodzinową imprezą u Zupy. W sobotę z dwoma chłopakami z klasy poszliśmy pograć sobie na instrumentach. W praktyce wyglądało to tak, że 5 godzin każdy grał głównie sobie, poza chwilami kiedy: a) graliśmy "South Of Heaven" Slayera b) graliśmy coś ze speszal guestem, czyli Jandziem c) lamersko improwizowałem coś do bluesowego podkładu Ariela, a Puzyr stawiał swoje pierwsze kroki na perkusji i w końcu d) kiedy Ariel grał podstawowe rytmy na perkusji, a ja tworzyłem wariacje na temat whitestripesowego "Death Letter", utwór, który postawiłem sobie za cel się nauczyć na poziomie ich koncertówki "Under Blackpool Lights" albo sesji u Johna Peela (to ona mnie zainspirowała). Początek i tak chyba lepszy od tego, co było w gimnazjum, gdy chcieliśmy zagrać hardy koncert na godne pożegnanie Gedabaraku.

Sobotni wieczór spędziłem sam w domu, choć ofert miałem wiele - Indie Night Party, na którym i tak dobrze, że mnie nie było (długa, aczkolwiek opowieść); spontaniczna impreza w Klukowie; w końcu oczywiście Daily Blues.

Ciąg dalszy radosnego opierdalania się nastąpił dziś. Wstałem o 14 i jedyne, po co wyszedłem na chwilę z domu, to by pomóc rodzicom nosić zakupy.

Zdjęć na razie jakichkolwiek własnych brak, ponieważ aparat mam w naprawie i właśnie okazało się, że zgubiłem kwit do jego odbioru... jutro będę testował więc swoją charyzmę i dar przekonywania przez telefon. Potem będę cisnął mamę, by wreszcie dokonała przelewu za bilet na Rock Im Park, a następnie cisnę do Sopotu na próbę rodzącej się w ogromnych bólach kapeli, która według prognoz za 4 lata ma podbić świat.

Jak to dobrze, że mam szkołę tylko do 10:30. Zaczynam nienawidzić tego miejsca jak w podstawówce, kiedy przeżywałem okres młodzieńczego buntu. Boli mnie, ile miejsca tam marnuję, boli mnie to, że w jakikolwiek sposób przydaje mi się ok. 1/4 spędzanego tam czasu (czyli lekcje angielskiego, historii, geografii i oczywiście wf-u). Byle do ferii, potem byle do Rock Im Park i wakacji, a potem to już tylko matura i będzie z górki.

Laba się skończyła.


Link 04.01.2009 :: 19:22 Komentuj (1)



Ciekawe to rzeczy się przez ostatnie dni działy - dwie imprezy u mnie, sylwester...

O pierwszej imprezie żem już pisał. Przyszło 12 z 17 zaplanowanych osób + kumpel Yoola, Kot. Ot, patologia w klasycznym gronie. Z ciekawych wydarzeń można zanotować jedynie to, jak pewien człowiek (nazwijmy go W.) zwomitował na kogoś, kogo nazwiemy O. Podczas gdy W. wyprał koszulę i oddawał treść żołądkową do wanny, O. doprowadził się do stanu bardzo wskazującego i odwiedził W., żądając wyprania koszuli. W swym gniewie wepchnął go do wanny w kałużę własnych wymiotów i zaczęło być ostro. Na szczęście po szybkiej interwencji zamknęli się na pół godziny w łazience i wytłumaczyli sobie sprawę w 4 oczy, jednak nieprzyjemny, mdły zapach zachował się do następnego dnia do następnego dnia nawet po dwukrotnym umyciu całego pomieszczenia. W. wzbudził pewien pokład złości u mnie, gdyż po przypadkowym zbiciu jednego kieliszka, w momencie, gdy wyrzucałem resztki poprzedniego, on powiedział coś w stylu: "O, jakbym chciał, to bym mógł sobie jeszcze jeden kieliszek rozwalić.", na co ktoś (nie wiadomo oczywiście, kto) odpowiedział: "no to dawaj! Demokracja! Kto jest za?...". Tak, wszyscy podnieśli ręce, a W. na rozkaz ludu rzucił z całej siły kieliszkiem o glebę w momencie gdy akurat wchodziłem do pomieszczenia. Śmiech osiągnął poziom decybeli startującego samolotu, a moja mina była ponoć bezcenna (dodajmy, że zwyczaj demokracji na imprezach zadomowił się już na stałe). Inne bezcenne widoki to wtedy, gdy chłopaki za bardzo przyjęli sobie do serca termin "gej party", odpalili więc jakieś techno z laptopa i zaczęli do tego wiksować. A poza tym to z rana nie mogłem odróżnić Kota od białej ściany za nim jak się zbudził ze swojego prowizorycznego łoża złożonego z obracanego fotela biurowego i krzesła i drżącym głosem poprosił mnie o dzban wody...

Na sylwestrze dnia następnego było w sumie podobnie. Jako, że poszedłem spać około godziny piątej a zbudziłem się około dziewiątej, na Sylwestra byłem ostro niewyspany (nawet pomimo trzygodzinnej drzemki od okolo 15 do 18), na jakieś większe harce nie miałem siły. Znów był to typowy melanż, tym razem w centrum Gdyni i niemal rodzinnej, dziewięcioosobowej atmosferze. Znów w sumie nie tak wiele się działo, karaoke szybko się znudziło (ten sam repertuar co rok temu), zestresowaliśmy się tylko jak Saba (mój pies) uciekł z mieszkania na klatkę schodową podczas gdy my byliśmy na skwerze i musiała interweniować babcia naszej gospodarz. Ponadto wyrządziłem szkodę w postaci różowych plam na suficie i firankach, za co bardzo mi wstyd. Po prostu zajarałem się pierwszą przydatną umiejętnością nabytą w tym roku na skwerze jakieś 10 sekund po północy czyli robieniem tzw. "Szumachera". Postanowiłem wytestować ją ponownie około godziny 4 nad ranem za pomocą szampana Piccolo. Rodzinę gospodarzy serdecznie przepraszam!



Dużo się za to działo dnia 02.01.09, kiedy to przez mój dom przewinęły się 44 osoby (licząc mnie, głównie towarzystwo z mojej klasy, reszty Topolówki and friends), co przy 70 metrach kwadratowych jakie liczy moje mieszkanie stanowi nie lada wyczyn. A że straty były bardzo niewielkie (1 womitująca osoba, 4 kielichy, 1 gipsowy obrazek a do tego ślady papierosów na podlodze, kufrze i plastikowej micha), uważam ten wieczór za osiągnięcie, z którego mam prawo czuć się dumny. Kwaśno było tylko jeżeli chodzi o moje sąsiadki, które interweniowały dwa razy. Inna rzecz, że pierwsza interwencja była dwuznaczna, bo przyszły w momencie, gdy przy otwartych drzwiach żegnałem kogoś tam i się spytały, czy impreza już się kończy... bo młode są i zabrzmiało, jakby chciały wbić same. Poza tym nieładnie zachował się Kot z Yoolem zrzucający kanapki do sąsiadów i Max rzucający butelkami na podwórko. Gwiazdorami wieczoru było trzech hardych wódziarzy: Mornar (Nagroda Światowej Federacji Seksuologii za wykład o cyckach pewnej dziewczyny z 2e), M. (prosi o zachowanie anonimowości, Nagroda im. Johnny'ego Knoxville'a za to, że nasrał za dychę na maskę samochodu w drodze na BP - żeby nie było, nie poszedłem z nimi) i Krzysiu aka "Alkotuńczyk" (Nagroda im. Adama Jassema za super błyskotliwe teksty). A te teksty to:

Ktoś: "Voyo, masz ty jakiś syrop malinowy?"
Krzysiu: "Nie!!! Nie wolno mieszać lekarstw z alkoholem!"

oraz

"Ej, chłopaki! Jak ten syrop rozcieńczymy z wodą to będziemy mieć popitę!"



Generalnie myślę, że była to (nawet z mojej perspektywy) bardzo udana impreza, niemal tak dobra jak te u Mileny czy Martiny ;) Najlepiej o tym świadczy fakt, że poszedłem spać około 8 rano jako jeden z ostatnich by obudzić się o 11 po wyjściu Matiego i Mornara i sprzątać cały dzień (od godziny 16 również z pomocą nieobecnego na imprezie Ariela a do tego Grzesia i Asi - brawa dla nich!). Rodzice byli zszkowani tym, jak małe obrażenia odniosło nasze mieszkanie w porównaniu do ilości obecnych osób, choć porządne porządki zainicjowane przez mamę skończyliśmy dopiero dziś. O poziomie mojej troski o gości i całe wydarzenie świadczyło również to, że poszedłem spać wczoraj o 20 i dziś o 12 byłem wciąż nieżywy na tyle, że pominęła mnie wyprawa na sanki do Złotej Karczmy.



Nauki jakie wyniosłem:

30.12.08: kobiety łagodzą obyczaje; tłumaczenie bardziej złożonych kwestii osobom należy zostawić do momentu, kiedy obydwie strony konfliktu wytrzeźwieją; mając pełną kratę naprawdę nie ma się co spodziewać, że cokolwiek z niej zostanie; w pewnym momencie imprezy jedzenie staje się cenniejsze od alkoholu
31.12.08: już w sumie wiecie. Poza tym: nie ma co liczyć na to, że ktoś będzie ciągle robił zdjęcia, więc warto trochę porobić samemu.
02.01.09: dywany są mało oczywistym miejscem do siedzenia; jednorazowe kipownice i kieliszki (również do szotów) są niezbędne; w pewnym momencie imprezy popita staje się cenniejsza od alkoholu.



Kiedy następna impreza? Nie wiem. A jeżeli już będzie to pewnie w nieco innym składzie bo mam paru znajomych, których jakiś czas już nie widziałem. A jutro do szkoły... zaczyna się moja epicka misja ku średniej przynajmniej na poziomie 4.5. Do tego jeszcze dziś muszę jeszcze napisać bajkę dla dzieci na polski. Życzcie mi szczęścia.



Aha - wszystkie zdjęcia pochodzą z dnia 02.01, gdyż była to jedyna impreza, gdy ktokolwiek tak naprawdę robił zdjęcia.


Artystyczna instalacja z mojego pokoju autorstwa Kosmy.


Uspokajam sąsiadkę. Wojak w mej ręce dodawał mi charyzmy...


...zupełnie tak samo jak odznaka "Wodzirej na 6" zrobioną przez Rybę, Zupę i Fionę. Dziękuję :)





Spójrz na zegarek, synu.


Link 30.12.2008 :: 04:32 Komentuj (2)
Kurde.

Jest 03:51, ostatnie dwie godziny spędziłem w łóżku tonąc w potokach myśli różnorakich, bezskutecznie próbując zasnąć, a przede mną jeszcze długi dzień. Zaczyna się imprezowy ciąg, trwający do trzeciego stycznia. W programie dnia dzisiejszego: rozgrzewka przed sylwkiem czyli sentymentalna podróż w przeszłość nad kuflem pełnym złotego napoju czyli menski melansz aka gej-party. Towarzystwo: chłopaki ze starego, poczciwego gedabaraku + Piotrek G. (nasz znajomy z kolonii w Słowacji i Czechach odpowiednio 7 i 6 lat temu) + Kuba, Paweł i zagraniczny gość, czyli Sebe. Będzie wesoło. Szczególnie, że jako u posiadacza skarbu zwanego wolną chatą, rzecz dzieje się u mnie.

A potem Sylwester, po którym nadejdzie nowy rok 2009, który ma szanse być jednym z najważniejszych w moim życiu.

- w marcu skończę osiemnaście lat
- stanę się oficjalnie dorosłym człowiekiem
- dostanę dowód osobisty
- zrobię (mam taką przynajmniej nadzieję) prawo jazdy
- zdam (mam taką przynajmniej nadzieję) do trzeciej klasy - ostatniej prostej przed maturą, końcem liceum i początkiem studiów
- będę w końcu odpowiedzialny sam za siebie
- jak dobrze pójdzie to wreszcie znajdziemy jakąś tanią salę prób i coś ruszy w temacie "kapela" (tja, płonne nadzieje)
- może polecę do Amsterdamu za moje filmy na Strangera (tja, płonne nadzieje)
- a nawet jak nie polecę to i tak tam pojadę, albowiem spędzę pierwsze samodzielne (tj. bez udziału dorosłych dorosłych) ferie i wakacje (odpowiednio: Francja i autostopowa podróż dookoła Europy tropem braci i sióstr z Camp Rising Sun)
- będę mógł legalnie kupować alkohol :P
- pojadę na Rock Im Park!!!!!! (jutro... znaczy dziś zamawiam bilety)

Chodzą w internecie ploty, że na tym ostatnim ma wystąpić... The White Stripes. Jeżeli to prawda, będę mógł umrzeć szczęśliwy z dniem 07.06.09. :)

Wam zaś w nowym roku życzę tego co sobie, czyli zorganizowania, kupy śmiechu, tańca i zabawy, przyjaźni, miłości, zdrowia, szczęścia, pomyślności, umiejętności korzystania z życia i dawania czegoś w zamian i ogólnie żeby rok 2009 był najlepszym rokiem waszego dotychczasowego życia ;)

I po świętach


Link 29.12.2008 :: 00:15 Komentuj (5)
O dziwo, w tym roku święta przeżyłem bez bólu. Mogę powiedzieć wręcz, że było naprawdę miło. Z rodziną dało się pogadać i nawet piwo wysączyć, nad jedynym kontynuatorem rodziny aż tak bardzo się nie pastwili, a nawet o Żydach nie rozmawiali! Będą z nich ludzie ;)

Koniec świąt był godny.



Z tymi to właśnie się ludźmi bawiłem w rodzinnej atmosferze, przy wspólnej kolacji, z rozdawaniem prezentów i w ogóle ;) Maksowi sprezentowałem unikatowe kalmary z Archangielska (drugich takich nie ma w promieniu kilkuset kilometrów!) i wagon ptasiego mleczka na zagrychę. Miało być niby symbolicznie i się zawstydziłem, jak mi Radek podarował 4 spece i zajebistą koszulkę. No nic, za rok nadrobię.



Potem graliśmy w kalambury, podczas której to gry dziewczyny z Radkiem w składzie sromotnie pocisnęły nas, samców. Jaraliśmy również sziszę (tytoń pomarańczowy odkryciem sezonu) i oglądaliśmy filmy: jakieś romansidło gdzie Hugh Grant gra premiera Wielkiej Brytanii oraz "Króla Lwa".



Ta, śmiejcie się, motyla noga, ale zaprawdę powiadam wam, że to drugie dzieło było objawieniem wieczoru. Wszyscy co do nogi byliśmy zszokowani tym, jak świeże i ponadczasowe jest to dzieło. I jak cholernie poważne! Same tematy dla dorosłych: walka o władzę, prawa człowieka aka wolność słowa, dwulicowi oszuści, miłość, w skrócie: sex and przemoc! No i gwiazdorska obsada - genialna IMO rola Whoopi Goldberg (ta, oglądaliśmy w oryginalnej wersji, a co!), no i w ogóle wiedzieliście o tym, głos Mustafie podkładał koleś od Lorda Vadera? Okazało się dziś, że Milena znalazła cały set filmów Disneya na VHSach, a to może oznaczać tylko jedno...



A poza tym to byłem na Metropolii co Jest Okey. Miło było, Kulesza (mój idol) dał jak zwykle czadu, spotkałem trochę znajomych, jednakowoż byłem z pewnych przyczyn wyjątkowo mało komunikatywny. Dlaczego? Tego dowiecie się w następnym odcinku.

Archiwum

2009
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2008

Linki

mój last.fm

mój jutub

fotoblog Oozzeego